piątek, 24 października 2014

Rozdział 5

Kitsune przewróciła się na łóżku i otworzyła sklejone oczy. Miała trudności z ocenieniem podłoża i upadła na podłogę chwilę potem. Uśmiechnęła się do siebie uroczo i jak gdyby nigdy nic otrzepała się szybko siadając na brzegu kanapy. Osiem minut później dotarło do niej, że nie jest w swoim łóżku. To nie jest jej dom.
- Scott? - szepnęła cicho nie chcąc budzić jego matki, która mogła wrócić po nocnej zmianie. - Hej, gdzie jesteś? Scott.
Chłopak uniósł środkowy i wskazujący palec w górę. Leżał na podłodze. Kira szybko przeskoczyła łóżko i podciągnęła McCalla w górę.
- Scott, ja chciałam ci... bo wczoraj byłam w kuchni...
- Kira, potem. Teraz musimy zająć się tą dziewczyną.
Zupełnie wypadło jej z głowy. W domu Scott'a była uwięziona niezwykle piękna dziewczyna, nic dziwnego, że nie miał czasu słuchać Yukimury.
- Tak, faktycznie... - przeczesała dłońmi splecione włosy. - Zapomniałam.
Scott uśmiechnął się smutno.
- Nic nie szkodzi.
Podniósł się z gracją i ruszył na strych. Przez parę sekund wspominał wczorajsze zachowanie Stilinski'ego. Obawiał się, że to może grypa... ale to z pewnością nie należało do objaw:

Stiles walnął pięścią w drzwi i wszedł z głuchym trzaskiem do środka omiatając wszystko wzrokiem. Jego oczy spoczęły na oczach Scott'a, a przyjaciel cicho syknął jak wściekły wąż. McCall zdezorientowany podszedł do przyjaciela i intensywnie się w niego wpatrywał, aż dziwny chłód, który dało się od niego odczuć powoli odpływał.
- Stiles, coś się stało?
Nisi a malis guys pati.
Scott prawie przestał oddychać słysząc nieludzki dźwięk wydobywający się z gardła jego przyjaciela.
- Stiles...
- Lydia mnie tego nauczyła. To znaczy "słoneczne dni" - przemówił z powrotem swoim głosem.
Powiedział i wyszedł.

Zanim zdążył przypomnieć sobie coś jeszcze, ujrzał przed sobą strych zawalony całą masą przeróżnych śmieci "zabitych przez czas". Matka nie chciała ich wyrzucić przez sentyment, więc stały tam czekając na zbawienie. Zbawienie, które nie nadejdzie.

~*~

- NIE! - wrzasnęła już trzynasty raz ściskając kurczowo pościel w niebieskie pasy. 
Stiles z przestrachem spojrzał na swoją przyjaciółkę i odgonił myśl, która pragnęła ją przytulić. Nie rób tego, Stiles. Nie teraz. Chwilę spokoju zagłuszyła Banshee zaczynając się rzucać po łóżku i mruczeć, jak wściekły kot. Tym razem musiał zareagować, czuł, że zaczyna tracić rozum. Ruszył powoli w stronę miotającej się Martin i lekko szturchnął ją otwartą dłonią. Lyds złapała ją w zastraszająco szybkim tempie i otworzyła oczy spoglądając na zdezorientowaną minę Stiles'a. 
- Prz...przepraszam. Ja. To był zły sen - pokręciła lekko głową i wyszła spod kołdry. - Muszę.. iść. Dziękuję, za wszystko.
To wszystko stało się tak szybko. Nawet nie spytała, która godzina i co tu robiła.
Nie dając chłopakowi dojść do słowa opuściła pokój zbierając buty po drodze.
- Kocham cię - usłyszał cichy szept, który dochodził od drzwi jego pokoju.
W progu stała Lydia chowając się za ścianą. Rzuciła jeszcze tylko uroczym uśmiechem, który stopiłby nie jedno serce, po czym wyszła zamykając drzwi. Stilinski prawie upadł na ziemię.

~*~

- Scott? Nie ma cię już z dwadzieścia minut! Żyjesz tam? - Kira powoli pokonywała stopnie, które prowadziły do najintymniejszej części domu państwa McCall. Scott siedział "po turecku" łokcie trzymając na kolanach oglądając jakieś fotografie. 
- Kira! - uśmiechnął się pokazując jej własne zdjęcie, kiedy zajada się lodami. 
To było pierwsze zdjęcie, które zrobił jej Scott. Uśmiechnęła się.
- Rajciu, potem goniłam cię kilka minut, żebyś je usunął - wspominała.
Scott kiwnął głową.
- Tia, potem prawie mnie zabiłaś - zaśmiał się cicho palcem dotykając policzka Kiry na zdjęciu.
- A...ym...co z dziewczyną? 
McCall pacnął się w głowę. Rzucił fotografie Kiry w kąt i ruszył otworzyć wilczycę. Kitsune zabrała zdjęcie i ruszyła z wściekłością za przyjacielem.
Scott zabierał się za otwieranie, a Kira tymczasem rwała fotografię na kawałki. 
- Co wy zrobiliście, idioci?! - dało się usłyszeć głośny huk, kiedy skrzynia się otworzyła. Kira czuła, że będzie potrzebny miły, uspokajający głos do tej roboty. 
- Halo? - w słuchawce odezwał się męski, ciepły głos.
- Stiles, przyjedź na sekundkę, proszę - mruknęła do telefonu i zaczęła wyciągać wilczycę...

~*~

Malia, bo tak miała na imię, wierciła się niespokojnie w fotelu na przeciwko Stilesa. Chłopak już po raz dziesiąty próbował skleić jakieś zdanie.
- No i to...rozu...nie. Nie dam rady. Ona mnie, hm, jakby to powiedzieć - przejechał ręką po włosach nie odwracając wzroku od pięknej brunetki. 
- Rozprasza? - zasugerowała Kira wchodząc z sokiem jabłkowym do pokoju.
Chwilę mierzyła Stilinskie'go wzrokiem. Nie przypominał tego chłopaka z wczorajszego wieczoru. Coś jej nie pasowało. A mianowicie wyraz twarzy. Ten Stiles promieniał, a tamten miał w oczach... chłód.
- Dokładnie, rozprasza! Ja nie... może pogadam z nią na osobności?
Scott spojrzał na Kirę, oboje kiwnęli głowami i w ciszy wyszli z pokoju. Gdy tylko drzwi się umknęły Malia skoczyła na Stilesa i unieruchomiła w trzy sekundy.
- Co chcecie zrobić? Mów, teraz!
- Spokojnie! Bez przemocy - uśmiechnął się kojąco pomimo pieczenia w nadgarstkach, kiedy Malia wbijała mu pazury.
- Zamknęliście mnie w jakimś pudle na całą noc!
Stiles odkaszlnął znacząco.
- Zabiłabyś nas i każdego człowieka, którego byś spotkała gdyby nie my. Powinnaś być bardziej wdzięczna, słońce - westchnął niepocieszony zwalając ją z siebie. Usiadł ponownie na niepościelonym łóżku przyjaciela i posadził obok siebie wilczycę.
- Następnym razem po prostu... - chciał jeszcze dodać, ale coś przyszpiliło się do jego warg.
Jej usta.

~*~

Banshee otworzyła drzwi do domu państwa McCall. Były otwarte, a poza tym Scott jeszcze nigdy jej za to nie zbeształ. Weszła po schodach stukając cichutko swoimi, nowymi Loubotine'ami i podśpiewując pod nosem francuską piosenkę, którą śpiewała jej mama kiedy nie mogła zasnąć w burzliwe noce. I wcale nie chodziło o pogodę.
- Hej, czemu stoicie w korytarzu? Jakieś zebranie? Super. A gdzie Stiles? - zalała falą pytań znużoną Kirę i niespokojnego Scott'a. Uśmiechnęła się przy tym uroczo.
Kira odwzajemniła uśmiech milcząc.
- W pokoju, próbuje pertraktować z tą wilczycą - odparł Scott klepiąc przyjaciółkę po plecach.
Lydia ze zrozumieniem pokiwała głową.
- Myślicie, że mogę wejść? Chciałabym chwilę z nim pogadać. I... przeprosić - skuliła głowę i spojrzała na nich spod fali długich rzęs.
- Chyba tak. Wejdź.
Martin chwyciła delikatnie za klamkę i nacisnęła. Drzwi otworzyły się, a jej oczom ukazała się scena rozdzierająca serce. Malia siedziała okrakiem na Stilinski'm, który wplatając ręce w jej włosy całował namiętnie. Lydia wstrzymała oddech, a Scott i Kira wspólnie otworzyli usta w niemym krzyku. Banshee wycofała się i rzuciła do ucieczki. Musiała zaczerpnąć powietrza. Szybko.
Wybiegła przez frontowe drzwi i zaczęła łykać haustami wilgotne powietrze Beacon Hills. Poczuła ciarki, które roznosiły się po jej ciele. Głowa zaczęła być bardzo ciężka, a powieki same się zamykały. Ktoś stał za nią z zabójczym uśmiechem.

~*~

Nie mogła poruszać palcami. Każda pojedyncza kończyna była zdrętwiała i niezdolna do ruchu. Otworzyła szeroko oczy i zauważyła tańczące gwiazdki na niebie, które wręcz śmiały się jej w twarz. Noc zapowiadała się bezchmurna. Miękkie posłanie z liści ułatwiało jej trwanie w bólu, ale to nie było najważniejsze. Nadal czuła ten chłód. Ten chłód, który odbierał jej czucie. Nieludzki chłód.
- Lydia, wstań.
Głos, który wywoływał w niej spokój. Ten, który należał do jednego z ważniejszych. Do tego, który się z niej naigrawał chwilę wcześniej całując obcą dziewczynę. Stiles? To nie mógł być ten sam człowiek. Stał do niej bokiem. Mocno podkrążone oczy, blada skóra i ten chłód. Lydia nie mogła się tego pozbyć. Cała drżała.
- Powiedziałem, wstań.
- Nie mogę, Stiles! - pisnęła próbując wykonać chociażby pojedynczy ruch palcem.
Zaśmiał się pogardliwie.
- Nie jestem Stiles - wrzask, który wydobył się z jego ciała ewidentnie na to wskazywał.
Martin zamarła.
- Więc - rozpoczęła Banshee spokojniejszym głosem niż się spodziewała. - kim jesteś?
Stiles, bądź NieStiles, przekręcił głowę o 45 stopni i wydął usta. Lydia trwała w ciszy prawie umierając na zawał, kiedy w końcu ukląkł i wyciągnął rękę jakby chciał pogłaskać jej policzek. Pragnęła się odsunąć, ale nie dała rady. Chwilę potem uderzył ją, a ona straciła przytomność.



- Mówią mi Qetsijah.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz