- Scott? - szepnęła cicho nie chcąc budzić jego matki, która mogła wrócić po nocnej zmianie. - Hej, gdzie jesteś? Scott.
Chłopak uniósł środkowy i wskazujący palec w górę. Leżał na podłodze. Kira szybko przeskoczyła łóżko i podciągnęła McCalla w górę.
- Scott, ja chciałam ci... bo wczoraj byłam w kuchni...
- Kira, potem. Teraz musimy zająć się tą dziewczyną.
Zupełnie wypadło jej z głowy. W domu Scott'a była uwięziona niezwykle piękna dziewczyna, nic dziwnego, że nie miał czasu słuchać Yukimury.
- Tak, faktycznie... - przeczesała dłońmi splecione włosy. - Zapomniałam.
Scott uśmiechnął się smutno.
- Nic nie szkodzi.
Podniósł się z gracją i ruszył na strych. Przez parę sekund wspominał wczorajsze zachowanie Stilinski'ego. Obawiał się, że to może grypa... ale to z pewnością nie należało do objaw:
Stiles walnął pięścią w drzwi i wszedł z głuchym trzaskiem do środka omiatając wszystko wzrokiem. Jego oczy spoczęły na oczach Scott'a, a przyjaciel cicho syknął jak wściekły wąż. McCall zdezorientowany podszedł do przyjaciela i intensywnie się w niego wpatrywał, aż dziwny chłód, który dało się od niego odczuć powoli odpływał.
- Stiles, coś się stało?
- Nisi a malis guys pati.
Scott prawie przestał oddychać słysząc nieludzki dźwięk wydobywający się z gardła jego przyjaciela.
- Stiles...
- Lydia mnie tego nauczyła. To znaczy "słoneczne dni" - przemówił z powrotem swoim głosem.
Powiedział i wyszedł.
~*~
- NIE! - wrzasnęła już trzynasty raz ściskając kurczowo pościel w niebieskie pasy.
Stiles z przestrachem spojrzał na swoją przyjaciółkę i odgonił myśl, która pragnęła ją przytulić. Nie rób tego, Stiles. Nie teraz. Chwilę spokoju zagłuszyła Banshee zaczynając się rzucać po łóżku i mruczeć, jak wściekły kot. Tym razem musiał zareagować, czuł, że zaczyna tracić rozum. Ruszył powoli w stronę miotającej się Martin i lekko szturchnął ją otwartą dłonią. Lyds złapała ją w zastraszająco szybkim tempie i otworzyła oczy spoglądając na zdezorientowaną minę Stiles'a.
- Prz...przepraszam. Ja. To był zły sen - pokręciła lekko głową i wyszła spod kołdry. - Muszę.. iść. Dziękuję, za wszystko.
To wszystko stało się tak szybko. Nawet nie spytała, która godzina i co tu robiła.
Nie dając chłopakowi dojść do słowa opuściła pokój zbierając buty po drodze.
- Kocham cię - usłyszał cichy szept, który dochodził od drzwi jego pokoju.
W progu stała Lydia chowając się za ścianą. Rzuciła jeszcze tylko uroczym uśmiechem, który stopiłby nie jedno serce, po czym wyszła zamykając drzwi. Stilinski prawie upadł na ziemię.
~*~
- Scott? Nie ma cię już z dwadzieścia minut! Żyjesz tam? - Kira powoli pokonywała stopnie, które prowadziły do najintymniejszej części domu państwa McCall. Scott siedział "po turecku" łokcie trzymając na kolanach oglądając jakieś fotografie.
- Kira! - uśmiechnął się pokazując jej własne zdjęcie, kiedy zajada się lodami.
To było pierwsze zdjęcie, które zrobił jej Scott. Uśmiechnęła się.
- Rajciu, potem goniłam cię kilka minut, żebyś je usunął - wspominała.
Scott kiwnął głową.
- Tia, potem prawie mnie zabiłaś - zaśmiał się cicho palcem dotykając policzka Kiry na zdjęciu.
- A...ym...co z dziewczyną?
McCall pacnął się w głowę. Rzucił fotografie Kiry w kąt i ruszył otworzyć wilczycę. Kitsune zabrała zdjęcie i ruszyła z wściekłością za przyjacielem.
Scott zabierał się za otwieranie, a Kira tymczasem rwała fotografię na kawałki.
- Co wy zrobiliście, idioci?! - dało się usłyszeć głośny huk, kiedy skrzynia się otworzyła. Kira czuła, że będzie potrzebny miły, uspokajający głos do tej roboty.
- Halo? - w słuchawce odezwał się męski, ciepły głos.
- Stiles, przyjedź na sekundkę, proszę - mruknęła do telefonu i zaczęła wyciągać wilczycę...
~*~
Malia, bo tak miała na imię, wierciła się niespokojnie w fotelu na przeciwko Stilesa. Chłopak już po raz dziesiąty próbował skleić jakieś zdanie.
- No i to...rozu...nie. Nie dam rady. Ona mnie, hm, jakby to powiedzieć - przejechał ręką po włosach nie odwracając wzroku od pięknej brunetki.
- Rozprasza? - zasugerowała Kira wchodząc z sokiem jabłkowym do pokoju.
Chwilę mierzyła Stilinskie'go wzrokiem. Nie przypominał tego chłopaka z wczorajszego wieczoru. Coś jej nie pasowało. A mianowicie wyraz twarzy. Ten Stiles promieniał, a tamten miał w oczach... chłód.
- Dokładnie, rozprasza! Ja nie... może pogadam z nią na osobności?
Scott spojrzał na Kirę, oboje kiwnęli głowami i w ciszy wyszli z pokoju. Gdy tylko drzwi się umknęły Malia skoczyła na Stilesa i unieruchomiła w trzy sekundy.
- Co chcecie zrobić? Mów, teraz!
- Spokojnie! Bez przemocy - uśmiechnął się kojąco pomimo pieczenia w nadgarstkach, kiedy Malia wbijała mu pazury.
- Zamknęliście mnie w jakimś pudle na całą noc!
Stiles odkaszlnął znacząco.
- Zabiłabyś nas i każdego człowieka, którego byś spotkała gdyby nie my. Powinnaś być bardziej wdzięczna, słońce - westchnął niepocieszony zwalając ją z siebie. Usiadł ponownie na niepościelonym łóżku przyjaciela i posadził obok siebie wilczycę.
- Następnym razem po prostu... - chciał jeszcze dodać, ale coś przyszpiliło się do jego warg.
Jej usta.
~*~
Banshee otworzyła drzwi do domu państwa McCall. Były otwarte, a poza tym Scott jeszcze nigdy jej za to nie zbeształ. Weszła po schodach stukając cichutko swoimi, nowymi Loubotine'ami i podśpiewując pod nosem francuską piosenkę, którą śpiewała jej mama kiedy nie mogła zasnąć w burzliwe noce. I wcale nie chodziło o pogodę.
- Hej, czemu stoicie w korytarzu? Jakieś zebranie? Super. A gdzie Stiles? - zalała falą pytań znużoną Kirę i niespokojnego Scott'a. Uśmiechnęła się przy tym uroczo.
Kira odwzajemniła uśmiech milcząc.
- W pokoju, próbuje pertraktować z tą wilczycą - odparł Scott klepiąc przyjaciółkę po plecach.
Lydia ze zrozumieniem pokiwała głową.
- Myślicie, że mogę wejść? Chciałabym chwilę z nim pogadać. I... przeprosić - skuliła głowę i spojrzała na nich spod fali długich rzęs.
- Chyba tak. Wejdź.
Martin chwyciła delikatnie za klamkę i nacisnęła. Drzwi otworzyły się, a jej oczom ukazała się scena rozdzierająca serce. Malia siedziała okrakiem na Stilinski'm, który wplatając ręce w jej włosy całował namiętnie. Lydia wstrzymała oddech, a Scott i Kira wspólnie otworzyli usta w niemym krzyku. Banshee wycofała się i rzuciła do ucieczki. Musiała zaczerpnąć powietrza. Szybko.
Wybiegła przez frontowe drzwi i zaczęła łykać haustami wilgotne powietrze Beacon Hills. Poczuła ciarki, które roznosiły się po jej ciele. Głowa zaczęła być bardzo ciężka, a powieki same się zamykały. Ktoś stał za nią z zabójczym uśmiechem.
~*~
Nie mogła poruszać palcami. Każda pojedyncza kończyna była zdrętwiała i niezdolna do ruchu. Otworzyła szeroko oczy i zauważyła tańczące gwiazdki na niebie, które wręcz śmiały się jej w twarz. Noc zapowiadała się bezchmurna. Miękkie posłanie z liści ułatwiało jej trwanie w bólu, ale to nie było najważniejsze. Nadal czuła ten chłód. Ten chłód, który odbierał jej czucie. Nieludzki chłód.
- Lydia, wstań.
Głos, który wywoływał w niej spokój. Ten, który należał do jednego z ważniejszych. Do tego, który się z niej naigrawał chwilę wcześniej całując obcą dziewczynę. Stiles? To nie mógł być ten sam człowiek. Stał do niej bokiem. Mocno podkrążone oczy, blada skóra i ten chłód. Lydia nie mogła się tego pozbyć. Cała drżała.
- Powiedziałem, wstań.
- Nie mogę, Stiles! - pisnęła próbując wykonać chociażby pojedynczy ruch palcem.
Zaśmiał się pogardliwie.
- Nie jestem Stiles - wrzask, który wydobył się z jego ciała ewidentnie na to wskazywał.
Martin zamarła.
- Więc - rozpoczęła Banshee spokojniejszym głosem niż się spodziewała. - kim jesteś?
Stiles, bądź NieStiles, przekręcił głowę o 45 stopni i wydął usta. Lydia trwała w ciszy prawie umierając na zawał, kiedy w końcu ukląkł i wyciągnął rękę jakby chciał pogłaskać jej policzek. Pragnęła się odsunąć, ale nie dała rady. Chwilę potem uderzył ją, a ona straciła przytomność.
- Mówią mi Qetsijah.


