niedziela, 21 września 2014

Rozdział 2

Kira zaniemówiła. Nie znała długo Allison, ale wiedziała, że nie była złą osobą. Owszem, polowała, ale to dlatego? Podkuliła nogi, po czym na nich usiadła delikatnie odbijając się od materacu łóżka Lydii.
- Alli...
- Nie! Allison nie była zła. Ona była moją przyjaciółką!- do oczu Lydii napłynęły łzy. Wyglądały tak, jakby zamiast łez miała wylecieć krew.
- To nie wiem... A może... ech, nie- mruknęła.
- O co chodzi Kira?
- Bo wiesz. Może ta osoba wysyła nam imiona swoich ofiar, żebyśmy się domyślili kto to.
- Ale Allison nie zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach jak reszta. Widziałyśmy to, pamiętasz? Została przebita mieczem.
Kira zagryzła wargę. Bardzo dobrze to pamiętała. Ciągle miała tą scenę przed oczyma. Gdyby nie Allison, jej by nie było. Uratowała ją. W pewnym sensie...
- No nic...- zamyślona dodała ze wzrokiem utkwionym w różowym dywanie.- Muszę iść. Spóźniłam się już na trening. I tak mam przechlapane. Znasz trenera- zaśmiała się.
- Nie rozumiem, jak ty możesz grać w lacrossa, przecież to męski sport...- mruknęła Lydia chowając do szufladki kopertę.
- Nieźle chwytam- zaśmiała się i pomachała jej.- Spotykamy się u Scott'a o 20, pamiętasz?
- Tak... Pewnie, że pamiętam.

~*~

Kira dotarła do szkoły spóźniona na jeden godzinny trening.
- Yukimura!- usłyszała przeszywający krzyk. Ustała skulona tyłem do trenera, przymknęła oczy i zagryzła wargę.Odwróciła się na pięcie ostrożnie i omal nie wleciała w mężczyznę, który stał centralnie przed nią.
- Tak?
- Opuściłaś pierwszy trening. Tak samo McCall. Gdzie on do cholery jest?! Nie mów, że znowu zabrał Cię na randkę do Meksyku, bo oszaleję.
- Na randkę do Meksyku? Nigdy mnie nie zabrał do...
- KIRA!- wrzasnął Scott biegnąc przebrany w strój do lacrosse'a.- Tu jesteś! Szukałem Ciebie po całej szkole. Nieładnie tak się spóźniać...
- Ale..
- McCall! Jeszcze raz, a będziesz siedział na ławce!
- Trenerze...- zaśmiał się Scott.
- Tak, wiem, że nie będziesz. Bez Ciebie nie damy rady- mruknął.- Yukimura, masz 5 minut na przebranie się!- wykrzyknął wymachując jak oszalały rękoma i wyszedł.
Kira skrzyżowała ręce.
- Kiedy niby zabrałeś mnie na randkę do Meksyku, huh?
McCall się zmieszał.
- Zapomniałaś, że masz pięć minut? A właściwie to już tylko cztery- ruszył ku wyjściu, ale za chwilę się wrócił.- A, no i trener myśli, że zabrałem, więc jak coś to mów, że tak- puścił jej oczko i wyszedł.

~*~

Lydia złapała się nerwowo za głowę.
- Przecież musi być jakaś odpowiedź- klęczała na dywanie nad kopertą.- "Jedynie źli cierpią", "Jedynie źli cierpią"- powtarzała non stop. Z transu wyrwał ją dźwięk telefonu. Wrzasnęła wystraszona na cały dom. Dobrze, że nikogo nie było. Podniosła się by sprawdzić kto dzwoni.
Stiles.
Nie. Nie odbierze. Jest zajęta czymś innym- wpatrywała się w telefon, który wyświetlał zdjęcie Stiles'a.
- No rozłącz się...- mruknęła i ponownie przysiadła na dywanie wpatrując się w kopertę.- Przecież musi być jakieś wyjście. Przecież muszę znać odpowiedź- złapała się za głowę i wrzasnęła, a lustro w jej pokoju roztrzaskało się na miliony kawałków. 


~*~ 

- Lydia, Lydia, Lydia, no dalej!- Stiles krążył nerwowo przy ławce rezerwowych.- Co się z tobą dzieje...?- mruknął i usiadł kładąc kask koło siebie. 
Scott podbiegł do niego zadowolony, ale widząc zdenerwowanego przyjaciela, a przede wszystkim jego opadniętą grzywkę, usiadł koło niego i położył dłoń na jego ramieniu.
- Stary... Wiem, czuję twój ból.
- Poważnie? Nawet nie wiesz jak mi trudno. Nie wiem co zrobić...
McCall kiwnął z powagą głową.
- Ojciec zabrał Ci żel do włosów?
- C..Co?- spytał marszcząc czoło Stiles.
- Nic!- wykrzyknął.- Więc to nie o to chodziło- skarcił samego siebie w swoich myślach.
- Lydia nie odbiera telefonu...
- Jakby to był pierwszy raz...- mruknął.- Nie przejmuj się. Pewnie ma 1001 ciekawszych zajęć- uśmiechnął się.
- Nie rozumiesz Scott. Coś się dzieje. Z nią coś nie tak- przejechał dłonią po włosach.- O faktycznie muszę sobie kupić żel!
- McCall! Stilinski!- wykrzyknął trener i gwizdnął do nich.- Ruszcie swoje tyłki i na boisko!
- Idziemy!- odpowiedział Scott.- No cho... A kto to?- spytał widząc piekną dziewczynę, która usiadła na trybunach.
- Kto?- Stiles odwrócił się.- Ołchocho- przetarł dłońmi oczy.- Też to widzisz?
- Tak- dodał Scott zahipnotyzowany.
- Chłopaki!- zaśmiała się Kira zdejmując kask.- Co z wa... Scott! Czemu ty tak na nią patrzysz?
- Bo... Spodobała się Stiles'owi i... Ech, wszystko Ci wyjaśnię- zabrał Kirę na boisko co chwilę się odwracając.
Stillinski uważnie obserwował dziewczynę. Blondynka o.. właśnie, o jakim kolorze oczu? To go zdziwiło. Z brązowego koloru zmieniły się w błękit na widok księżyca.
- Wilkołak- mruknął pod nosem.- Scott!- odszedł powoli dając długie kroki, a potem odwrócił się i zaczął biec w stronę Kiry i Scott.- Scott! Scott?- zatrzymał się widząc, jak chłopak klęczał na trawie.
- Stiles. Dlaczego księżyc jest już w pełni?! Nie ma nawet 18!
- Nie mam pojęcia, ale musimy go zabrać. Ją też- wskazał na dziewczynę siedzącą na trybunach.- To wilkołak.  

sobota, 6 września 2014

Rozdział 1

Lydia niemrawo mruknęła do samej siebie i przeciągnęła się jak kot z gracją schodząc z łóżka. Przez okno wlewały się strumienie światła dziennego. Dłonią przeczesała niesforne, truskawkowe loki i zaczęła mrugać intensywnie widząc w kącie pokoju zarys.. wilka. Podskoczyła, kiedy tylko nieproszony gość ruszył się z miejsca i natychmiast wrócił do ludzkiej postaci.
- Scott! - wrzasnęła rzucając w niego zgniecioną poduszką z kwiatowym wzorem.
Zacisnęła dłonie w pięści, aby nie pokazywać roztrzęsionych rąk i spojrzała na przyjaciela znad długiej fali rzęs. Chłopak omiótł ją wzrokiem i spoczął na oczach.
- Co? Czemu patrzysz tak jakbym zabiła ci szczeniaka? - warknęła nieświadoma swojego tonu.
McCall tylko spiorunował ją wzrokiem.
- Lydia od kilku dni słyszę tylko..eh...około milion wiadomości o niewyjaśnionych morderstwach! - wykrzyknął wymachując rękoma jak opętany.
- A ja jestem waszym pieskiem od morderstw i mam wywąchiwać każdego trupa? To tak nie działa!
Otworzyła okno, a wiatr zmierzwił jej kołtuny. Ręką wskazała Scott'owi podwórko przed jej domem.
- Nie. Będę. Waszym. Pieskiem.
Wilkołak szybko wyskoczył, przy okazji obdarzając ją przepraszającym wzrokiem. Gdy już wylądował gładko na ziemi pokazała mu środkowy palec.

~*~

- Mam nadzieję, że dziś nie wejdzie mi w drogę. Może jest wilkołakiem, ale ja mam pięści - warknęła Martin przemierzając szkolny korytarz w poszukiwaniu Stiles'a.
- I nadmierną energię. Lydia, dość! Zajmijmy się lepiej tymi ciałami... - westchnęła niewesoło Kira spoglądając na ogłupiałą przyjaciółkę.
Poprawiła bluzkę i zamknęła szafkę z głuchym trzaskiem, w tym momencie kiedy Lydia straciła panowanie.
- Nie będę dla was niuchać! Jak już mówiłam, nie jestem pieskiem! Jestem Ban..
Yukimura szybko zareagowała zatykając Banshee buzię i zabierając ją do damskiej łazienki.
- Nie chciałam cię urazić, ale tu chodzi o ludzkie życia, Lyds - uśmiechnęła się słabo.
Martin kiwnęła głową.
- Wiem. Ale nie traktujcie mnie jak tropiciela. Jestem tylko Banshee.
- Wszyscy wiemy i szanujemy to. Jesteśmy ci za wszystko wdzięczni - Kira mówiła głosem swojego ojca.
Lydia podeszła do umywalki i spojrzała na swoje odbicie.
- To nie były zwyczajne morderstwa. Tu jest coś złego. Mogę to wyczuć. Coś bardzo, bardzo złego, Kira.
Jej odbicie się zamazało, a w lustrze ukazały się krwawe twarze zmarłych osób. Czasami zniekształcone wilkołaki, czasami kitsune. Mrugnęła parę razy odganiając piekielne obrazy. Kiedy rzeczywistość ją pochłonęła w oddali zobaczyła leżącą Kirę. Miała na ramieniu krwawy znak przypominający niemiecką swastykę. Miała zamknięte oczy i nie oddychała. Martin napięła się jak struna i z całych sił wykrzyknęła prosząc o pomoc.
- Kira, hej. Kira, trzymaj się! Zaraz ktoś przyjdzie, spokojnie - głaszcząc przyjaciółkę po ręce wygłaszała uspokajające hasła z wizyt u psychologa. Do łazienki wbiegł zdyszany Stiles, a za nim trener z apteczką.
- Damska toaleta naprawdę jest pachnąca. Sikacie perfumami? - spytał Stilinski pomagając wstać przerażonej Lydii.
- Nie teraz - mruknęła tylko spoglądając na bezwładne ciało Kiry i stojącym nad nią trenerem z elektrodami w dłoniach.
- Wie pan jak tego używać?! - wrzasnęli oboje.
Trener rzucił Stiles'owi laminowany tytuł ratownika medycznego i przystąpił do działania. Lydia odwróciła wzrok i schowała się za plecami przyjaciela.
- Czy ją to boli? - spytała naiwnie.
Stiles złapał ją w talii i zupełnie przyćmił jej widok. Usłyszała bzyczenie elektrod i cichy oddech Kiry.
- Dzięki Bogu - szepnęła Lydia kucając koło Kitsune.
- Też widziałaś te twarze?
Martin milcząco pokiwała głową. To oznaczało same kłopoty.

~*~

- Po lekcjach musimy spotkać się ze Scott'em - stwierdziła Kira zabierając z niebieskiej szafki przyozdobioną jej numerem w drużynie lacrosse'a, zeszyt od historii. Miała zajęcia z ojcem.
- To nie może czekać. Kira, to było straszne. To nie było to zwykłe zło, które zazwyczaj zdarza nam się widywać, jak na przykład koturny do dresów Kelly Anderson. To było zło w czystej postaci.
- Bez przesady. Widzieliśmy Stiles'a jako Nogitsune. Nic nie jest w stanie mnie zdziwić - uśmiechnęła się uroczo i ruszyła do klasy.
- Oj, uwierz mi, że może.
Lydia rzuciła torbę na koniec korytarza i wybiegła ze szkoły.

~*~

Kira obejrzała się za przyjaciółką zszokowana. Nigdy nie zostawiała swojej kosztownej torby, a zwłaszcza nią nie rzucała.
- Cóż...- odwróciła się na pięcie i na palcach podeszła do torby. Musiała być cicho, gdyż trwały lekcje, a jej buty na obcasie stukały dzięsięć razy głośniej niż normalnie. Przewiesiła torbę przez ramię, a potem wrzuciła do swojej szafki. Zatrzasnęła ją jak najciszej potrafiła, a ponieważ jej szafka była uszkodzona, otwierała się co chwilę.
- Boże!- warknęła po dziesiątej próbie zamknięcia jej. Trzasnęła drzwiczkami, a po szkole rozniosło się głuche echo.
- Kira!- usłyszała gruby, męski głos.- Do klasy.
- Idę tato...- mruknęła i ze spuszczoną głową ruszyła do środka sali od historii.


Lekcja upłynęła szybciej niż się mogło zdawać. Wykład o Hiroszimie. Niech będzie.
Jeszcze trening i do domku!- pomyślała Kira uśmiechając się od ucha do ucha. To był strasznie męczący dzień!
- Jutro porozmawiamy o Nagasace. Poczytajcie... albo idźcie na przerwę skoro i tak nikogo już nie ma...- mruknął pan Yukimura zasiadając do biurka.

Pięciominutowa przerwa. Nim wszyscy zdążyli dojść do klasy zadzwonił dzwonek, a korytarz opustoszał w zaledwie cztery sekundy.
- Od kiedy to licealiści są tacy punktualni...?- mruknęła pod nosem patrząc na zegarek. Otworzyła szafkę kodem "5472" co zaszyfrowane znaczyło Kira. Ze środka wyleciała koperta. Ozdobna, zaklejona, bez nadawcy ani adresata. Jedyne co było na kopercie to napis: Nisi a malis guys pati.
  - Łacina?- zdziwiła się, ale nie potrafiła tego odczytać. Znała tylko podstawowe zwroty. Ale wiedziała kto umie czytać po łacinie... Lydia.
Dziewczyna otworzyła zgrabnymi palcami kopertę i wyjęła sztywną kartkę idealnie pasującą do rozmiarów kremowej koperty. Kursywą było napisane tylko jedno, jedyne słowo. A raczej imię.

~*~

- Allison?- spytała Lydia wpatrując się w równie kremową kartkę co koperta.- Ale co to ma znaczyć? Ona przecież nie żyje.
- Tak sobie myślałam... że może za jej śmierć odpowiedzialna jest ta sama osoba, która atakuje mieszkańców Beacon Hills.
- Nie możemy wyciągać pochopnych wniosków. Może chodzi tu o coś innego- wzruszyła ramionami.
 Kira wyjęła z kieszeni kurtki kopertę.
- A zerknij na to...- podała jej kopertę, na której ozdobną czcionką napisane były słowa.- To łacina, prawda?
- Tak..- stwierdziła zafascynowana Lydia. Nie sypiała dobrze. Jej twardówki były krwistego koloru. Pewnie miała też podkrążone oczy, ale wszystkie niedoskonałości zakryła makijażem.
- Co to znaczy?- spytała po krótkiej chwili Kira wdychając głośno powietrze.
- Poważnie? Nie znasz takich prostych słów?- uniosła brwi zdziwiona.
- Lydia...
- To znaczy- odchyliła głowę do tyłu wpatrując się w sufit pokryty małymi gwiazdkami, które po zgaszeniu światła świeciły w nocy. Miało na celu pomóc jej zasnąć. Zamrugała kilka razy i przygryzła czerwoną wargę.- To znaczy... "Jedynie źli cierpią".

czwartek, 4 września 2014

Prolog.

Kolejny atak miał miejsce w parku z Beacon Hills- dobiegł ich głos z telewizora.- Tym razem w niewyjaśnionych okolicznościach został zabity nauczyciel chemii z pobliskiej szkoły. Co najciekawsze nie ma na jego ciele żadnych obrażeń. Policja nadal szuka tropów. Przez jakiś czas radzi się zostać państwu w domach- prezenterka skończyła, gdyż ktoś jej przeszkodził. Podano jej nowy tekst. Czytając to skrzywiła się.- Em... Kolejne niewyjaśnione zdarzenie. Pracownik banku wybudził się po trzech dniach odkąd stwierdzono u niego zgon. Przypominamy, że zmarł na skutek zawału. Jak to się stało, że się wybudził? Policja, a także i lekarze z Beacon Hills Hospital próbują dowiedzieć się w jaki sposób mogło do tego dojść.


- Słyszałaś nowe wieści?- spytała Kira rozmawiając przez telefon z Lydią.
- Tak, tak...- dodała po dłuższej chwili dziewczyna.
- Jesteś Banshee, niczego nie usłyszałaś? Nie napisałaś?
- Kira, to tak nie działa...
- O, poczekaj mam drugi telefon, zaraz wrócę. Halo?- nikt się nie odezwał.- Halo?- powtórzyła.
- Uważajcie- usłyszała zachrypnięty głos. Połączenie zostało momentalnie zerwane.
- Lydia?- spytała Kira przełączając się do ich rozmowy.
- Co?
- To dziwne.. Ktoś kazał nam uważać, a nawet nie powiedział o co chodzi.
- Nie panikuj. Pewnie jakieś dzieciaki robiły sobie żarty...





- Żarty?- mruknął sam do siebie chłopak w ich wieku.- To nie są żarty...- nabrał powietrza nosem.- Już wkrótce zapanuje tu porządek- uniósł słoik wypełniony na pierwszy rzut oka wodą.- Już wkrótce- powtórzył i odwracając się na pięcie ruszył do leżącego worka na ziemi. Ktoś mocno się w nim wierzgał. Chłopak otworzył słoik, zanurzył w nim dwa palce, a następnie dotknął nimi czoła leżącej osoby. Nie trwało to nawet dwóch minut, aż kobieta będąca w worku z grymasem na twarzy zamknęła oczy. Na zawsze.
- Byłaś złą osobą, a teraz smaż się w piekle- mruknął z ponurym uśmiechem po czym przerzucił sobie ciało kobiety przez ramię i wyszedł.