Lydia niemrawo mruknęła do samej siebie i przeciągnęła się jak kot z gracją schodząc z łóżka. Przez okno wlewały się strumienie światła dziennego. Dłonią przeczesała niesforne, truskawkowe loki i zaczęła mrugać intensywnie widząc w kącie pokoju zarys.. wilka. Podskoczyła, kiedy tylko nieproszony gość ruszył się z miejsca i natychmiast wrócił do ludzkiej postaci.
- Scott! - wrzasnęła rzucając w niego zgniecioną poduszką z kwiatowym wzorem.
Zacisnęła dłonie w pięści, aby nie pokazywać roztrzęsionych rąk i spojrzała na przyjaciela znad długiej fali rzęs. Chłopak omiótł ją wzrokiem i spoczął na oczach.
- Co? Czemu patrzysz tak jakbym zabiła ci szczeniaka? - warknęła nieświadoma swojego tonu.
McCall tylko spiorunował ją wzrokiem.
- Lydia od kilku dni słyszę tylko..eh...około milion wiadomości o niewyjaśnionych morderstwach! - wykrzyknął wymachując rękoma jak opętany.
- A ja jestem waszym pieskiem od morderstw i mam wywąchiwać każdego trupa? To tak nie działa!
Otworzyła okno, a wiatr zmierzwił jej kołtuny. Ręką wskazała Scott'owi podwórko przed jej domem.
- Nie. Będę. Waszym. Pieskiem.
Wilkołak szybko wyskoczył, przy okazji obdarzając ją przepraszającym wzrokiem. Gdy już wylądował gładko na ziemi pokazała mu środkowy palec.
~*~
- Mam nadzieję, że dziś nie wejdzie mi w drogę. Może jest wilkołakiem, ale ja mam pięści - warknęła Martin przemierzając szkolny korytarz w poszukiwaniu Stiles'a.
- I nadmierną energię. Lydia, dość! Zajmijmy się lepiej tymi ciałami... - westchnęła niewesoło Kira spoglądając na ogłupiałą przyjaciółkę.
Poprawiła bluzkę i zamknęła szafkę z głuchym trzaskiem, w tym momencie kiedy Lydia straciła panowanie.
- Nie będę dla was niuchać! Jak już mówiłam, nie jestem pieskiem! Jestem Ban..
Yukimura szybko zareagowała zatykając Banshee buzię i zabierając ją do damskiej łazienki.
- Nie chciałam cię urazić, ale tu chodzi o ludzkie życia, Lyds - uśmiechnęła się słabo.
Martin kiwnęła głową.
- Wiem. Ale nie traktujcie mnie jak tropiciela. Jestem tylko Banshee.
- Wszyscy wiemy i szanujemy to. Jesteśmy ci za wszystko wdzięczni - Kira mówiła głosem swojego ojca.
Lydia podeszła do umywalki i spojrzała na swoje odbicie.
- To nie były zwyczajne morderstwa. Tu jest coś złego. Mogę to wyczuć. Coś bardzo, bardzo złego, Kira.
Jej odbicie się zamazało, a w lustrze ukazały się krwawe twarze zmarłych osób. Czasami zniekształcone wilkołaki, czasami kitsune. Mrugnęła parę razy odganiając piekielne obrazy. Kiedy rzeczywistość ją pochłonęła w oddali zobaczyła leżącą Kirę. Miała na ramieniu krwawy znak przypominający niemiecką swastykę. Miała zamknięte oczy i nie oddychała. Martin napięła się jak struna i z całych sił wykrzyknęła prosząc o pomoc.
- Kira, hej. Kira, trzymaj się! Zaraz ktoś przyjdzie, spokojnie - głaszcząc przyjaciółkę po ręce wygłaszała uspokajające hasła z wizyt u psychologa. Do łazienki wbiegł zdyszany Stiles, a za nim trener z apteczką.
- Damska toaleta naprawdę jest pachnąca. Sikacie perfumami? - spytał Stilinski pomagając wstać przerażonej Lydii.
- Nie teraz - mruknęła tylko spoglądając na bezwładne ciało Kiry i stojącym nad nią trenerem z elektrodami w dłoniach.
- Wie pan jak tego używać?! - wrzasnęli oboje.
Trener rzucił Stiles'owi laminowany tytuł ratownika medycznego i przystąpił do działania. Lydia odwróciła wzrok i schowała się za plecami przyjaciela.
- Czy ją to boli? - spytała naiwnie.
Stiles złapał ją w talii i zupełnie przyćmił jej widok. Usłyszała bzyczenie elektrod i cichy oddech Kiry.
- Dzięki Bogu - szepnęła Lydia kucając koło Kitsune.
- Też widziałaś te twarze?
Martin milcząco pokiwała głową. To oznaczało same kłopoty.
~*~
- Po lekcjach musimy spotkać się ze Scott'em - stwierdziła Kira zabierając z niebieskiej szafki przyozdobioną jej numerem w drużynie lacrosse'a, zeszyt od historii. Miała zajęcia z ojcem.
- To nie może czekać. Kira, to było straszne. To nie było to zwykłe zło, które zazwyczaj zdarza nam się widywać, jak na przykład koturny do dresów Kelly Anderson. To było zło w czystej postaci.
- Bez przesady. Widzieliśmy Stiles'a jako Nogitsune. Nic nie jest w stanie mnie zdziwić - uśmiechnęła się uroczo i ruszyła do klasy.
- Oj, uwierz mi, że może.
Lydia rzuciła torbę na koniec korytarza i wybiegła ze szkoły.
~*~
Kira obejrzała się za przyjaciółką zszokowana. Nigdy nie zostawiała swojej kosztownej torby, a zwłaszcza nią nie rzucała.
- Cóż...- odwróciła się na pięcie i na palcach podeszła do torby. Musiała być cicho, gdyż trwały lekcje, a jej buty na obcasie stukały dzięsięć razy głośniej niż normalnie. Przewiesiła torbę przez ramię, a potem wrzuciła do swojej szafki. Zatrzasnęła ją jak najciszej potrafiła, a ponieważ jej szafka była uszkodzona, otwierała się co chwilę.
- Boże!- warknęła po dziesiątej próbie zamknięcia jej. Trzasnęła drzwiczkami, a po szkole rozniosło się głuche echo.
- Kira!- usłyszała gruby, męski głos.- Do klasy.
- Idę tato...- mruknęła i ze spuszczoną głową ruszyła do środka sali od historii.
Lekcja upłynęła szybciej niż się mogło zdawać. Wykład o Hiroszimie. Niech będzie.
Jeszcze trening i do domku!- pomyślała Kira uśmiechając się od ucha do ucha. To był strasznie męczący dzień!
- Jutro porozmawiamy o Nagasace. Poczytajcie... albo idźcie na przerwę skoro i tak nikogo już nie ma...- mruknął pan Yukimura zasiadając do biurka.
Pięciominutowa przerwa. Nim wszyscy zdążyli dojść do klasy zadzwonił dzwonek, a korytarz opustoszał w zaledwie cztery sekundy.
- Od kiedy to licealiści są tacy punktualni...?- mruknęła pod nosem patrząc na zegarek. Otworzyła szafkę kodem "5472" co zaszyfrowane znaczyło Kira. Ze środka wyleciała koperta. Ozdobna, zaklejona, bez nadawcy ani adresata. Jedyne co było na kopercie to napis: Nisi a malis guys pati.
- Łacina?- zdziwiła się, ale nie potrafiła tego odczytać. Znała tylko podstawowe zwroty. Ale wiedziała kto umie czytać po łacinie... Lydia.
Dziewczyna otworzyła zgrabnymi palcami kopertę i wyjęła sztywną kartkę idealnie pasującą do rozmiarów kremowej koperty. Kursywą było napisane tylko jedno, jedyne słowo. A raczej imię.
~*~
- Allison?- spytała Lydia wpatrując się w równie kremową kartkę co koperta.- Ale co to ma znaczyć? Ona przecież nie żyje.
- Tak sobie myślałam... że może za jej śmierć odpowiedzialna jest ta sama osoba, która atakuje mieszkańców Beacon Hills.
- Nie możemy wyciągać pochopnych wniosków. Może chodzi tu o coś innego- wzruszyła ramionami.
Kira wyjęła z kieszeni kurtki kopertę.
- A zerknij na to...- podała jej kopertę, na której ozdobną czcionką napisane były słowa.- To łacina, prawda?
- Tak..- stwierdziła zafascynowana Lydia. Nie sypiała dobrze. Jej twardówki były krwistego koloru. Pewnie miała też podkrążone oczy, ale wszystkie niedoskonałości zakryła makijażem.
- Co to znaczy?- spytała po krótkiej chwili Kira wdychając głośno powietrze.
- Poważnie? Nie znasz takich prostych słów?- uniosła brwi zdziwiona.
- Lydia...
- To znaczy- odchyliła głowę do tyłu wpatrując się w sufit pokryty małymi gwiazdkami, które po zgaszeniu światła świeciły w nocy. Miało na celu pomóc jej zasnąć. Zamrugała kilka razy i przygryzła czerwoną wargę.- To znaczy... "Jedynie źli cierpią".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz